Tęskniliście za mną? Jeśli tak, winę ponoszą Stuart Russel i Peter Norvig, lub może Peter Norvig i Sebastian Thrun.
Kurs na Uniwersytecie Stanforda
Większość z moich Czytelników pewnie to wie, jednak służę pomocą pozostałym – Russel i Norvig to autorzy doskonałego podręcznika sztucznej inteligencji zatytułowanego Artificial Intelligence: A Modern Approach. Podchodziłam do niego kilka razy. Przeczytałam spore partie pracując nad doktoratem i nieco mniejsze podczas prac nad magisterką. Jest ciekawie i konkretnie, jednak tysiąc stron potrafi przytłoczyć. Z tego powodu, gdy dowiedziałam się od znajomego (i przekazałam kolejnym dziesięciu osobom), że Norvig, który obecnie jest dyrektorem do spraw naukowych w Google, oraz Thrun, profesor informatyki na Uniwesytecie Stanforda, zamierzają poprowadzić eksperymentalny kurs online na podstawie tego właśnie podręcznika, nie miałam wyjścia, musiałam się zapisać. Tym bardziej, że słyszałam już interpretację, zgodnie z którą „eksperymentalny” to eufemizm oznaczający „nie licz, że następny raz też będzie za darmo”. Wciągnęłam się! Jedyny problem polega na tym, że z każdym tygodniem czas poświęcony na oglądanie zajęć i wykonywanie obliczeń zbliża się do ogłoszonych na samym początku przez profesorów, niewiarygodnych 10 godzin tygodniowo.
Kurs trwa od 10 października do 18 grudnia, równolegle do „normalnego” kursu na Uniwersytecie. W każdym tygodniu dostępne są dwa wykłady oraz zadanie domowe, dodatkowo w czasie trwania kursy odbędą się dwa egzaminy: połówkowy i końcowy. Istnieje także możliwość uczestniczenia w kursie w sposób bardziej bierny, bez zadań domowych i egzaminów. Jeden wykład nie przekłada się na jeden filmik. Składa się z sekwencji nagrań, często kończących się interaktywnym quizem, który nie jest liczony do żadnej oceny, za to pozwala zweryfikować zrozumienie zagadnienia. Filmiki najczęściej przedsatwiają jednego z profesorów (a raczej rękę jednego z profesorów) wyjaśniającego zagadnienia takie jak reinforcement learning (uczenie wzmocnione).
Z reguły prowadzący zajęcia zwyczajnie piszą na białej kartce tak, jakby była to tablica na sali wykładowej. Jeden z moich kolegów co jakiś czas marudzi, że jak na współpracę amerykańskiej uczelni z firmą o ambicjach Google, kurs jest przesadnie analogowy, a wykładowcy powinni przynajmniej przygotować slajdy. (Jak na współpracę amerykańskiej uczelni z firmą o ambicjach Google, dziwi także to, że państwo nie przewidzieli, co stanie się z serwerami, gdy na stronie kursu jednocześnie zaloguje się 160 000 uczestników). Mnie się to podoba! Slajdy mają tę brzydką cechę, że czasami tekst na nich znika, albo pojawia się w zupełnie nieoczekiwanym miejscu – moje notatki i bez tego wyglądają dramatycznie. Zapisywanie treści zajęć zawsze było dla mnie jedną z najlepszych metod nauki i zapamiętywania. Podobno to naturalny efekt wprowadzenia dodatkowego bodźca i dodatkowej czynności do procesu uczenia i zapamiętywania. Czytałam ostatnio o tym, że młodsze niż moje pokolenie w większości wyeliminowało ręczne pismo (sama mam z tym poważne problemy, męczę się po około 5 minutach) i przez to nie jest w stanie doświadczyć zalet takiego połączenia (pisanie na klawiaturze podobno tak nie działa).
Kaligrafia
Jedna z nielicznych sytuacji, w których posługuję się długopisem, a nie klawiaturą, to pisanie listów. Piszę ręcznie w celu dodatkowego spesonalizowania wiadomości. Chyba warto, ale jakie to trudne! Mam bardzo złe wspomnienia z podstawówki (oczywiście). Kaligrafia i plastyka to dość zbliżone dziedziny, więc moje doświadczenia z tych dwóch przedmiotów są bardzo podobne. Kiedyś na lekcji polskiego pani nauczycielka pochwaliła moje opowiadanie i przeczytała je całej klasie (temat brzmiał „Ziemia za 200 lat”, kolega z ławki przede mną napisał „Jaka Ziemia?”, co może teraz wydaje się oklepane, jednak pamiętajcie, że mowa o 10-latku), po czym ogłosiła “jeszcze jedno wypracowanie napisane takim stylem pisma, a wstawię ci dwóję za nieposzanowanie mowy ojczystej”. Nie będę już nawet opowiadać o szlaczkach (chociaż żałuję, że nie jestem w stanie zlokalizować żadnego zeszytu z tego okresu). Na uczelni chodziłam na większość wykładów, a jednak nikt nigdy nie chciał pożyczać moich notatek (załączam przykład). Wcale się nie gniewam.

Notatki z wykładu, chyba Logika Matematyczna dla Informatyków
Ściąganie
Skoro mowa o wykładach i notatkach, przejdę do kolejnego tematu, któremu poświęciłam ostatnio nieco namysłu, to jest ściąganiu. Nie robię tego. Pamiętam jeden konkretny przypadek, gdy nasza szalona pani od biologii, której nie chciało się układać się dwóch osobnych syllabusów dla osób w klasach o profilu biol-chem i pozostałych, kazała nam nauczyć się na pamięć budowy struktury chemicznej neuroprzekaźników. Przyznaję, narysowałam ołówkiem odpowiednią cząsteczkę na kartce, na której później pisałam sprawdzian. Biologia i tak była niesprawiedliwa – inna z pań od biologii oceniała sprawdziany na podstawie liczby stron, kolega dostał czwórkę, gdy zamieścił w środku “Rotę” oraz “Bagnet na broń”. Dodam jeszcze, że po 3 latach biologii w liceum nie jestem w stanie ocenić, która leśna roślina nadaje się do jedzenia, a która nie. Chcecie mnie zabić, wypuście mnie w lesie.
Odnoszę wrażenie, że w Polsce panuje ogromne społeczne przyzwolenie na ściąganie. Zapewne jest to silnie związane z naszą nieodległą przeszłością i wszelkimi konotacjami słowa „donosiciel”.
Pamiętacie, na ilu sprawdzianach i egzaminach nauczyciele wprowadzali zasadę pierwszego ostrzeżenia – za pierwszym razem dostajesz ostrzeżenie, dopiero za drugim wylatujesz z sali? Czym to było, jeśli nie zachętą do ściągania? Moje osobiste najbardziej kuriozalne doświadczenie związane ze ściąganiem miało miejsce podczas egzaminu wstępnego na studia. O jedno miejsce starało się 14 osób, a obcy chłopak obok mnie próbował ode mnie ściągać, po czym obraził się, gdy odmówiłam współpracy. Jeden na czternaście, no co ten człowiek sobie myślał?
Słowem przypomnienia, dlaczego ściąganie jest złe. Czy chcielibyście chodzić do lekarza, który ściągał na wszystkich egzaminach poświęconych objawom chorób? Jestem przekonana, że tak właśnie postępował lekarz, który zszywał moje ścięgno Achillesa. Załączam ilustrację z wypadku, bardzo popularną wśród moich przyjaciół. Trzy miesiące później nadal nie mogę biegać. Na szczęście nowy lekarz i nowy rehabilitant dają mi spore szanse na zakończenie tej przygody w sposób pomyślny.

Wypadek z rozbitą butelką. Cierpienie dla sztuki: wracałam z ostatniego spektaklu na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Malta
Jeszcze raz o kursie
Jeśli ktoś zastanawia się, skąd perorowanie na temat ściągania: reguły kursu online zabraniają współpracy przy zadaniach domowych oraz egzaminach aż do momentu udostępnienia ich oficjalnej punktacji. Dla nas naturalna jest rozmowa na taki temat, a nawet porównywanie ocen, mimo że każdy robi zadania samodzielnie. Ostatnio przyszedł mi do głowy dość niepokojący temat. W jednym z nagrań profesor Thrun opisał „bardzo silną” metodę wykrywania spamu, wykorzystywaną przez Google. Polega ona na sprawdzeniu, czy taka sama wiadomość nie dotarła do tysiąca innych użytkowników. Wniosek: Google skanuje sprawdza, jakie dostajesz wiadomości. Czy w związku z tym istnieje możliwość odpytania serwerów o wszystkie wiadomości e-mail, w których występują nazwiska profesorów, oraz podejrzanie długie ciągi cyfr?
Kwantyfikatory, czyli wisienka na torcie
Pamiętacie jeszcze ankietę z mojego poprzedniego wpisu? Pytałam o to, czy w zdaniu „Mężczyźni są lepszymi kierowcami niż kobiety” mowa o wszystkich kobietach, większości kobiet, czy może o jakichś kobietach. Chciałabym przedstawić opinię profesorów sztucznej inteligencji:
Gdy pominiemy kwantyfikator, możecie założyć, że chodzi o “dla każdego” – to jedynie skrótowy zapis.
